31 sierpnia 2015

Magia street art

Po upalnych dniach spędzonych na plażach i w zacienionych pomieszczeniach (z dużą ilością lodu pod ręką) czas wracać do pracy!
Jedna z czołowych wakacyjnych rozrywek miejskich tj. "włóczenie się" po nieznanych zakątkach własnego miasta zainspirowała mnie do wypowiedzenia się na temat tego o czym nie każdy mówi pochlebnie...


Dzisiejszy kontrowersyjny temat dotyczy ściennych dekoracji ulicznych, uznawanych często za akt wandalizmu wandalizmu- czyli najprościej mówiąc przyszedł czas na graffiti!


Samo pojęcie graffiti wywodzi się z języka włoskiego, w którym funkcjonuje jako "graffiare" co oznacza drapać, skrobać lub bazgrać.
Ten rodzaj technik, czy też działania artystycznego stał się szczególnie popularny w latach 80'tych XX wieku na terenach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
Moda na graffiti wiąże się bezpośrednio z rozwojem przemysłu, a dokładniej z rozpowszechnieniem farb w pojemnikach ciśnieniowych.
Dziś za króla tej formy wyrazu artystycznego uważa się Bansky'ego, słynącego z kontrowersyjnych dzieł często komentujących otaczającą nas rzeczywistość.


Za interesujący należy uznać fakt, że w Polsce murale goszczą nie od dziś.
Dawniej służyły one przeważnie reklamowaniu produktów lub zastępowały szyldy.
Najczęściej lokowano je na ścianach szczytowych. W Warszawie znajdziemy jeszcze nieliczne przykłady tego typu prac. Jedne z ciekawszych form XIX-wiecznych szyldów znajdują się między innymi na szalenie modnej ostatnio Pradze Północ.
Murale w roli reklam z kolei funkcjonowały już w latach 70 XX. Wówczas to na zlecenie różnych spółek państwowych powstawały w bardzo różnych formach. Najczęściej można je było spotkać na wyżej wspomnianych ścianach szczytowych. Istotne jest to, że kreatorami tych dzieł byli artyści. Dzięki czemu często posiadały one niesztampowe formy. Co ciekawe niektóre funkcjonowały nawet w formie 3D. Za interesujący należy uznać również fakt, że potrafiły one szczelnie pokrywać ściany szczytowe nawet 5-piętrowych kamienic.


Dziś dyskusje nad graffiti rozbijają o refleksję nad jego rolą w przestrzeni publicznej.
Główne pytanie dotyczy tego, czy graffiti to sztuka, czy akt wandalizmu?


Nie wątpię, że każdy jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
Co ciekawe każdy ma rację. Jeśli chodzi o tę formę wyrazu artystycznego to trzeba przyznać, że ma ona prawo wzbudzać kontrowersje. W sytuacji gdy przybiera nieudolną formę "napisu nienawiści" to oczywiście mamy do czynienia ze zwykłym aktem wandalizmu. Jednak w sytuacji gdy spray do ręki weźmie artysta, to naszym oczom mogą się ukazać prawdziwe cuda.


Podróżując po różnych miastach, czy to w Europie, Azji, czy Ameryce nie raz miałem okazję natrafić na różne formy graffiti.
Zauważyłem, że czasem wcale nie jest ono techniką czysto artystyczną w sensie malarskim. Bywa i tak, że funkcjonuje ono jako nośnik konkretnych przemyśleń, cytatów filozoficznych, czy nawet poezji.


Geniusz graffiti nie opiera się jednak na stworzeniu samego dzieła. Najciekawsze przykłady tej formy wyrazu czerpią nie same z siebie, a z otoczenia. Prawdziwy twórca tej techniki musi dobrze znać grunt, na którym tworzy i mieć pomysł na to gdzie umieścić swoje dzieło.
Najlepszymi miejscami na tego typu dzieła są: nisze po drzwiach i oknach, ślepe ściany, popękane płoty itp.


Jego urok wyraża się przede wszystkim w dowolności. W przeciwieństwie do klasycznych technik malarskich, graffiti nie zna granic. Nie ma płótna ani ram ono może powstać dosłownie wszędzie i każde tworzywo będzie właściwe.
Co ciekawe ten rodzaj twórczości zaczyna zyskiwać coraz szersze grono odbiorców.
O dziwo wcale nie dotyczy to jedynie przechodniów. Niektóre dzieła wykonane w tej technice trafiają na rynek. Do najciekawszych tego typu przypadków należą np. fragmenty Muru Berlińskiego. Sprzedawane w latach 90'tych kawałki betonowej konstrukcji były gęsto pokryte różnego rodzaju napisami, czy formami plastycznymi. Za najdroższe i najcenniejsze uznawano te, które zostały ozdobione dziełami znanych artystów.
Jedyne co jeszcze może zastanawiać w kwestii graffiti to pytanie o to, czy każdy artysta może zostać graficiarzem?

29 lipca 2015

Ornung muss sein?

Jak wiadomo od wielu lat Warszawa jest stale w budowie, Berlin z kolei w remoncie.
Niemiecka stolica, która w teorii powinna reprezentować precyzję, kulturę i mimo wszystko niechętnie wspominaną brutalność narodu niemieckiego, w praktyce wygląda nieco inaczej.
Wielu z nas z pewnością może wyobrażać sobie, że stolica naszych zachodnich sąsiadów to miasto niemal doskonałe- bogate, schludne i eleganckie. Czy takim jest w istocie?


Przyznam, że Berlin zrobił na mnie wrażenie. Z pewnością tamtejsze budynki są zacznie bardziej zadbane niż te w Warszawie, na ulicach jest zdecydowanie schludniej, ale czy wszystko jest takie doskonałe? Nie powiedziałbym.
Wycieczkę do tego miasta polecam każdemu kto choć trochę interesuje się przestrzenią miejską, urbanistyką, architekturą, czy sztuką.
Miasto na pewno jest o wiele bardziej przemyślane i sprawia wrażenie bardzo praktycznego.
Funkcjonalizm jednak nie zawsze oznacza urok.
Z pewnością znajdziemy tam wiele przykładów naprawdę dobrej architektury, zarówno starej jak i nowej. Dla mnie jednak miasto to miejscami było trochę zbyt wycyzelowane.
Mimo wszystko widać tam pewien nazwijmy to "gorset" kulturowy. Budynki są ładne, ale nie posiadają dozy tego lekkiego, urokliwego nieładu, który ubóstwiamy w miastach włoskich.
Za co można jednak pokochać to miasto?


Z pewnością za jego praktyczność i pewną dozę harmonii.
Wyraża się ona w miejskim planowaniu przestrzennym. W śródmieściu tej metropolii znajdziemy nieliczne, ale wciąż interesujące przykłady kamienic. Zazwyczaj mają one wysokość około czterech-pięciu pięter. Do nich z kolei systematycznie doklejane są nowe domy o podobnych rozmiarach. Dzięki temu nowa architektura miasta nie jest krzykliwa.


Nowe budownictwo Berlina jest raczej stonowane. Współczesne obiekty architektury ani poprzez gabaryty, ani tym bardziej poprzez kolorystykę nie odbiegają od swoich historycznych poprzedników. W przestrzeni metropolii co prawda dominuje niezbyt monumentalna zabudowa. Mimo to znajdziemy tam całkiem sporo przykładów obiektów, które sprawią, że poczujemy się malutcy.


Za takie obiekty mogą uchodzić przede wszystkim główne gmachy administracji państwowej, siedziby instytucji kultury, czy lokalne ośrodki nauki.
Dodatkowo we wschodniej części miasta znajduje się słynna Aleja Marksa, zaprojektowana ze zdecydowanym rozmachem. Co ciekawe o ile architektura tego założenia przytłacza, o tyle ilość przestrzeni i zieleni czynią to miejsce całkiem przyjemnym do jazdy na rowerze lub spaceru.
Warto zresztą zaznaczyć, że dominująca zabudowa o niewielkich gabarytach sprawia, że większe obiekty są naprawdę widoczne.


Interesujący jest również sposób w jaki miasto eksponuje swoją historię.
W Berlinie znajdziemy przykłady trwałych ruin i dość liczne pozostałości po "wiatrach historii".
Bardzo ciekawe są np. pozostałości po dość sporym, neogotyckim dworcu w okolicach Placu Poczdamskiego. Znajdziemy tam również pozostałości słynnego muru, resztki starych kamienic, a nawet wyeksponowane stare zdjęcia wraz z historycznymi opisami.
Bardzo ciekawie prezentuje się tzw. "Check point". Tj. przejście graniczne do strefy amerykańskiej, gdzie natrafimy na panów przebranych za żołnierzy z lat 40'tych XX wieku..


Jeśli chodzi o poruszanie się po mieście to oczywiście można wybrać się pieszo. Odległości między niektórymi punktami są jednak na tyle duże, że warto zainwestować w bilety komunikacji miejskiej.
Pod tym względem, użytkownikom trójmiejskiej SKM będzie łatwo- zarówno na stacjach S-Bahn jak i U-Bahn, kasowniki znajdują się na peronach. Automaty z biletami również.
Obie kolejki niestety nie są klimatyzowane także należy się przygotować na to, że w wagonikach może być duszno i gorąco.


W zasadzie cały Berlin jest miastem interesującym- każdy znajdzie tu coś interesującego.
Wielbiciele muzyki znajdą liczne koncerty, miłośnicy sztuki- niezwykłe zbiory muzealne, ciekawe przykłady architektury. historycy z kolei odnajdą tam liczne relacje z dawnych lat. Myślę, że największą zaletą tego miasta jest to, że nie jest tak daleko, a jest tam co oglądać.

29 marca 2015

Hand, czy ready made?

Dziś chciałbym porozmawiać o sprawach dość oczywistych, ale nie każdemu znanych...
Jednym z głównych dylematów współczesnych twórców i nabywców sztuki jest wybór między tym co zostało wykonane ręcznie, a tym co "stworzyły" maszyny.
Co ciekawe problem ten nie dotyczy jedynie Sztuki- związany jest również z ekonomią, designem, a nawet dotyka problematyki konserwacji zabytków.


Mówiąc o hand made i ready made, czyli rzeczach wykonanych ręcznie lub maszynowo warto przytoczyć odrobinę terminologii...
Ogólnie rzecz biorąc obiekty wykonane ludzką ręką określa się mianem rękodzieła.
Termin ten, według słownikowej definicji, odnosi się do wyrobów rzemiosła artystycznego.
Jego funkcjonowanie w języku sięga czasów przełomu XIX i XX wieku i I połowy XX.
Ściśle z nim związany, termin rzemiosło artystyczne z kolei, w swoim słownikowym znaczeniu, odnosi się przede wszystkim do tzw. sztuki zdobniczej, sztuki użytkowej, czy w starszym przekładzie sztuk stosowanych.
W szerokich ramach tego określenia mieszczą się dziedziny takie jak: złotnictwo, jubilerstwo, kowalstwo artystyczne, hafciarstwo, tkactwo, meblarstwo itp.
W języku zaczął funkcjonować, podobnie jak poprzedni, pod koniec XIX w.
Warto wiedzieć, że w starożytności rzemiosło artystyczne opierało się głównie na pracy niewolniczej. Dziś oczywiście artysta- rzemieślnik to zawód jak każdy inny tj. związany jest z otrzymywaniem wynagrodzenia za wkład pracy.


Termin ready made (z ang. przedmioty gotowe) z kolei jest silnie kojarzony z postacią Marcel'a Duchampa. Odnosi się on do rzeczy gotowych, fabrycznych, które artysta miał podnosić do rangi sztuki poprzez pozbawienie ich racjonalnego, pierwotnego kontekstu. Warto zaznaczyć, że ten typ działania był szczególnie popularny w latach 60'tych w kręgach pop-artu.
Dziś oczywiście wobec dalej postępującego rozwoju technologii termin ten nabrał nowego znaczenia.
Jak to się odnosi do wyżej wspomnianego problemu?


Otóż jak widać dawniej za sztukę uznawano przedmioty wytworzone ręką człowieka, a nie te z taśmy fabrycznej. Doskonałym tego przykładem jest fotografia, którą dopiero ząb czasu umieścił na piedestale świata sztuki.
Dlaczego?
W ogromnym skrócie problem uznania dzieła fotografii za dzieło sztuki wiązał się z jej technologicznym aspektem- fotografia nie posiada cech typowych dla wcześniej znanych dzieł sztuki. Proces twórczy w przypadku tej dziedziny dokonuje się za pomocą maszyny, a nie ręki.
I tu właśnie pojawia się sedno wcześniej zaznaczonego problemu- dzieło ludzkich rąk, a maszyny.
Oba posiadają wartość, ale czym się różnią?


Przede wszystkim estetyką!
Dzieło ludzkich rąk to obiekt, który cechuje pewna niepowtarzalność, a przez to dany obiekt jest wyjątkowy. Każdy medal ma jednak dwie strony...


Dzieło ludzkiej ręki to twór wyjątkowy i niepowtarzalny.Wykonany nawet w sposób bardzo precyzyjny nigdy nie będzie "doskonały". Zawsze w tego typu obiektach występują pewne drobne skazy, czy niedociągnięcia. Są one wyrazem nie partactwa, a ludzkiej niedoskonałości- nie jesteśmy przecież w stanie powielać w maszynowy sposób tego samego wzoru!
Tę niepowtarzalność można rozpatrywać zarówno jako wadę jak i zaletę takich dzieł.
Z jednej strony oczywiście miło jest posiadać coś czego nikt inny nie ma.
Z drugiej niestety nasze potrzeby rynkowe generują tak wysoki popyt na niektóre obiekty, że bez produkcji masowej nie bylibyśmy w stanie zaspokoić potrzeb społeczeństwa...


I tu właśnie pojawiają się zalety dzieł wykonanych przez maszyny.
Twory techniki umożliwiły nam tworzenie niemal nieskończonej ilości kopii tej samej rzeczy. Co więcej obiekty te są wykonywane w sposób bardzo dokładny- np. na obiektach malowanych nie znajdziemy żadnych śladów niedociągnięć, czy zgrubień. Każdy obiekt jest wykonany w dokładnie taki sam sposób i reprezentuje dokładnie jedną i tę samą myśl.
Dawniej było to przecież nieosiągalne.
Jednak, czy to co wytworzy maszyna może mieć wartość podobną do tej reprezentującej dzieło ludzkich rąk?
Żyjemy dziś w bardzo ciekawych czasach. Notorycznie słyszymy o kolejnych nowatorskich wynalazkach, które mają poprawić nam życie.
Nie omijają one również świata sztuki- jeszcze do niedawna mieliśmy okazję podziwiać w warszawskim CSW rzeźbę wykonaną za pomocą drukarki 3D. W Chinach z kolei powstał wielorodzinny dom, wykonany tym samym sposobem.
Nasuwa się jednak pytanie o to, czy te zmiany są dobre.
Współczesność wypromowała zupełnie inną estetykę, w pewnym sensie wprowadziła fabryki do świata sztuki.
Pytanie brzmi, czy te fabryki sztuki nie wyprą się kiedyś pierwotnych muz...

22 lutego 2015

Jak narodziła się tęcza?

Dziś chciałbym zaprezentować Wam krótką historię narodzin tęczy!
Oczywiście nie legendy z Placu Zbawiciela, a tej, która umożliwia nam rozpoznawanie wszystkich kolorów...


Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym ile jest podstawowych barw?
W szkole podstawowej najpewniej usłyszycie, że są 4: czerwony, żółty, zielony i niebieski.
Przy odrobinie szczęścia dowiemy się nawet o istnieniu czerni i bieli.
Jednak koncepcja ta nie jest do końca zgodna z prawdą...
Istnieje kilka podziałów dzięki którym jesteśmy w stanie dowiedzieć się skąd się biorą wszystkie kolory, nawet te których niektórzy nie potrafią nazwać.


Oczywiście na temat samego pochodzenia "pra-kolorów" i związanych z tym wątków pobocznych np. symboliki można by zapewne napisać doktorat, jeśli nie całą encyklopedię.
Dziś jednak postaram się zaprezentować Wam te z kolorów, które odpowiednio między sobą mieszane umożliwią każdemu stworzenie pełnej palety barw...
Widzenie barw to proces optyczno-biologiczny. Najprościej rzecz ujmując jest to doznanie zmysłu wzroku, wywołane przez promieniowanie elektromagnetyczne.


Przyjęło się uważać, że minimalny zestaw kolorów składa się z 3 barw: magenty, cyjanowego- niebieskiego i cytrynowego- żółtego.
Co to za kolory?
Magenta, czy też "madżenta" to po prostu kolor różowy. Jest to najmocniejsza odmiana różu, która poprzez skrzyżowanie z pozostałymi 4 barwami umożliwia nam stworzenie całego szeregu innych kolorów. Gdy w odpowiednich proporcjach zmieszamy ją np. z cytrynowym-żółtym, uzyskamy odcienie czerwieni i brązu. Połączona z cyjanowym-niebieskim z kolei stworzy nam paletę fioletów.


Cyjanowy-niebieski zwany też "cyjanem" często nazywany jest blado-niebieskim. W wielu wypadkach jest to producencki błąd. Cyjan to najmocniejszy odcień niebieskiego.
Nagminnie pod tą nazwą w sklepie możemy znaleźć niebieski z odrobiną fioletu. Jego prawidłowa wersja, połączona z cytrynowym-żółtym pozwala uzyskać wszelkie możliwe odcienie zieleni.
Wersja z odrobiną fioletu już niestety nie daje nam takich możliwości...


Ostatnim z tych 3 podstawowych kolorów jest cytrynowy-żółty, który jak wcześniej wspomniałem odpowiednio łączony z magentą pozwala nam uzyskać czerwienie, a z niebieskim- zielenie.
Całości dopełniają standardowe czerń i biel... Czy tylko one?
Otóż istotny w tej kompozycji jest jeszcze szary...


Niedoceniane i często kojarzone z biedą, odcienie szarości to nic innego jak wynik zmieszania bieli z czernią, lub wszystkich 3 wyżej wspomnianych podstawowych kolorów.
Warto wiedzieć, że szary doskonale sprawdza się zarówno w roli tła, jak i dopełnienia gamy kolorystycznej.
Z tego względu szarości znalazły zastosowanie we współczesnej architekturze.
Niezwykła neutralność tego koloru sprawiła, że stał się on prawdziwym hitem wnętrzarskim. Zwłaszcza w przypadku wystawienniczych sal galerii i muzeów.
Jednym słowem szary pasuje do wszystkiego!


Znajomość podstawowych barw wydaje się czymś niezwykle banalnym, jednak każdy kto ją posiada odnajdzie jej sens- zastosować ją można w każdej dziedzinie w jakikolwiek sposób związanej ze światem sztuki.
Niestety pamiętajmy o tym, że nie każdy ją doceni.
Koniec-końców daltonista z rozróżnieniem barw będzie miał problem...

31 stycznia 2015

W detalu urok tkwi

Wobec stale powracającego tematu rekonstrukcji polskiego dziedzictwa architektonicznego oraz rosnącej liczby wyrastających jak grzyby po deszczu, kiczowatych dworków, pałaców i willi, uznałem, że najwyższy czas aby wypowiedzieć się na temat tego co czyni budowle z dawnych lat wyjątkowymi...

Detale gdańskich kamienic

Od wieków ludzkie dzieła zdobiono na wiele różnych sposobów. Zdobnictwo dotyczyło zarówno domów, warsztatów, jak i budowli użyteczności publicznej. Zarówno forma, rozmiar, czy sposób wykończenia danego dzieła architektury miało służyć za nośnik informacji.
Domy pokrywaną zarówno dekoracjami rzeźbiarskimi jak i malowidłami. Dekoracje malarskie oczywiście dotyczyły przede wszystkim skromniejszych budynków, zazwyczaj wykonanych z drewna.

Rzeźbiarsko-malarska forma dekoracji kamienicy w Pradze

O formach i zasadach zdobienia gmachów uświadamia nas przede wszystkim nieśmiertelne dzieło sporządzone przez Witruwiusza. "O Architekturze Ksiąg Dziesięć" powstało w czasach gdy Rzymem rządził Cezar i niewątpliwie stanowi jedno z najważniejszych źródeł informacji nie tylko o technologii jaką dysponowało potężne państwo, ale również o stylach architektonicznych jakimi wówczas operowano.
Dziś chciałbym jednak nie skupiać się na historii architektury, a zwrócić uwagę na jedną z tych rzeczy, która czyni architekturę wyjątkową...

Lokalny akcent w postaci herbu miasta Gdańska

Wykończenie gotowej budowli to temat z pewnością trudny. Zazwyczaj marginalizowany do roli fanaberii. W dobie gdy czas i pieniądz zdominowały procesy twórcze, kwestie związane z wykończeniami zaczęły ulegać licznym niefortunnym modyfikacjom.
Taniej, więcej, szybciej...
Te 3 hasła, które przejęły rynek nieruchomości sprawiają, że nasze otoczenie wygląda lekko mówiąc nieciekawie.
Krajobraz polskich miast został dosłownie zdominowany przez architekturę tanią i kiczowatą.
Między kolejnymi inwestycjami kreującymi bloki-pudełka zaczęła wyrastać cała masa obiektów, które swym stylem dorównują jedynie domom lalki Barbie, jeśli nie gorzej.
Wobec takiego podejścia grupy ludzi, posiadających smak i zmysł piękna, zaczęły osiedlać się w zamkniętych enklawach starych domostw. Ewentualnie zaczęli uciekać z brzydnących metropolii na przedmieścia, aby tam tworzyć swe małe estetyczne oazy.
I tu pojawia się właśnie pytanie o to w czym tkwi fenomen architektury z dawnych lat?

Detal praskiej kamienicy czynszowej

Wbrew pozorom odpowiedź jest bardzo prosta. Dawniej wznoszenie każdego gmachu wiązało się z zatrudnianiem grupy rzemieślników, którzy własnymi rękami wznosili całe miasta od fundamentów aż po czubki wież.

Dekoracje rzeźbiarska i sgraffito staromiejskiej kamienicy w Pradze
W każdym ośrodku działały grupy, które albo powtarzały modne wzorce, albo przetwarzały styl lokalny, czasem mieszały jedno z drugim.
Jak wcześniej wspomniałem detal budowli jest nośnikiem informacji.
Gmachy monumentalne na przykład zdobione są w sposób bardzo specyficzny. W przypadku takich budynków detal jest mocno ograniczony, ciężki, wręcz siermiężny, Dzięki temu uwaga widza zostaje skupiona na formie. Architektura monumentalna zazwyczaj służyła instytucjom władzy świeckiej i kościelnej. Miała podkreślać potęgę i oficjalny charakter zabudowy.

Reprezentacyjna, stonowana forma detalu Pałacu Ostrogskich w Warszawie

Detal romańskiego kościoła na Hradczanach w Pradze

Mniejsze gmachy z kolei, niepełniące funkcji reprezentacyjnych zdobiono w bardziej "koronkowy" sposób.
Bardzo ozdobne style dotyczyły głównie budownictwa mieszkalnego i mniejszych obiektów sakralnych. Miały wskazywać pozycje społeczną właścicieli oraz podkreślać formę bryły.
Służyły za pewnego rodzaju dopełnienie. W starożytnej Grecji na przykład za takie style uznawano: koryncki i joński. Co ciekawsze porządki te stosowano jedynie w niewielkich świątyniach poświęconych boginiom, uznając je za właściwą formę podkreślenia ich kobiecego "patronatu".

Rozbudowane formy dekoracji otoczenia praskiego Teatru Narodowego

Dziś niestety ideały te sięgnęły bruku. Doskonałym tego przykładem jest Współczesny Historycyzm architektoniczny, który dość często korzysta ze stylów w sposób dowolny i nieprzemyślany. Jego główną wadą jest to, że potrafi tworzyć style, który można określić mianem "Cukierkowego Eklektyzmu". Oczywiście ten "Cukierkowy Eklektyzm" najczęściej wynika nie z wizji architekta, a życzeń niedoinformowanego zleceniodawcy. O wiele gorszym grzechem współczesnych odwołań do historii jest sposób wykonywania zdobień. Wykończenia, zamiast ręcznie są wykonywane za pomocą maszyn. Wyglądają przez to sztucznie i nie mają wiele wspólnego z historyczną prawdą. Co gorsza system ten jest stosowany również w przypadku obiektów historycznych, co skutkuje zaburzeniem percepcji zabytku.

Stonowana, rytmiczna forma zdobień zamku na Hradczanach

Skutki takich działań niestety mają swoje konsekwencje- obserwując idealnie równe wykończenia przestajemy doceniać te prawdziwe.
Niestety jak na razie leku na tę formę estetyki nikt nie wynalazł.
Gorzej, że współcześnie przez względy finansowe nawet bardzo zdolni architekci, operujący zarówno nowoczesnymi jak i klasycznymi stylami nie są w stanie zaprezentować nam swego kunsztu.
Bowiem dziś dla nikogo nie liczą się już estetyka i sposób wykonania, a czas i pieniądze.
Patrząc na taki stan rzeczy ciężko nie wspomnieć, że gdy nasi przodkowie śnili o dzisiejszych możliwościach, my nawet nie potrafimy z nich korzystać...

22 grudnia 2014

Dywanowy nalot Mikołajów!

„Zastaw się, a postaw się” nadal aktualne?
Według danych zaprezentowanych na łamach portalu Wirtualna Polska, przeciętny Polak w roku 2014 wyda na Święta Bożego Narodzenia co najmniej 500 złotych.
Ciekawi w tym fakt, że wszyscy, niezależnie od poziomu życia, twierdzą, że grudniowe przygotowania są przyczyną kompletnej rujnacji domowego budżetu. Na pokrycie corocznych świątecznych wydatków idą przecież nie tylko bieżące dochody. Wiele polskich rodzin decyduje się wziąć kredyt tylko po to, aby opłacić kolosalne rachunki za święta. Zastanawia dlaczego mimo świadomości tego, że katolickie obchody Świąt Bożego Narodzenia są zbyt kosztowne, nikt nie stara się wydatków na nie zmniejszyć? Spróbujmy przyjrzeć się tej sytuacji z nieco innej perspektywy.


Utrwalany od wielu lat przez markę Coca-cola wizerunek świętego Mikołaja, jako otyłego starszego pana z brodą, w czerwonym stroju obszytym białym futrem co roku przed świętami „bierze we władanie” przestrzeń publiczną. Niczym symbol przymusowego obdarowywania, motywuje on nas do zadłużania się po to, aby tworzyć w naszych domach atmosferę świąt. Oczywiście klimat ten całkowicie odbiega od atmosfery zdarzenia, które miało miejsce ponad 2 tysiące lat temu w Betlejem.Według lansowanego przez Coca-colę obrazu, święta powinny być: jasne, ozdobne, pełne śniegu i kolorowych dekoracji. Przekaz pojawiający się w telewizyjnej reklamie od wielu lat informuje nas, że wraz z brnącymi przez śnieżne zaspy, czerwonymi ciężarówkami tej firmy, nadchodzi czas świąt. Następnie widz zostaje dosłownie zauroczony przez ukazujące się na ekranie niewielkie, północne miasteczko, które dzięki nadjeżdżającej karawanie rozbłyska feerią kolorowych świateł. W tej sytuacji każdy mieszkaniec północnej części globu, widząc ponury świat za oknem, czuje się wręcz zobowiązany do tego, aby swoje otoczenie uczynić tak pięknym, jak to robi Coca-Cola.Siła oddziaływania tej wizji świąt jest do tego stopnia silna, że przejeżdżając grudniowym wieczorem przez wioski i miasteczka, ujrzymy całe rzędy udekorowanych domów migoczących kolorowymi światłami.


Oczywiście moda ta nie dotyczy jedynie prowincji. Każde większe miasto co roku w okolicach 6 grudnia musi z dumą zaprezentować swoją choinkę i szpalery uginających się pod ciężarem elektrycznych lampek drzew. Również fontanny, pomniki, kioski i latarnie nie są w stanie obronić się przed „magią świąt”. Aczkolwiek to witryny sklepowe służą za miejskich przodowników dekorowania. Tuż po 2 listopada niemal wszystkie okna placówek handlowych zostają błyskawicznie wzbogacone o nowe elementy wystroju w postaci: śnieżynek, choinek, wstążek, bombek itp.


Przyglądając się tej sytuacji, trudno nie zauważyć, że otoczka współczesnych Świąt Bożego Narodzenia nie ma nic wspólnego z prawdziwymi założeniami. Przeniesione z upalnego, pustynnego Bliskiego Wschodu gdzieś między zaśnieżone, porośnięte iglastymi drzewami tereny, obchody zmieniły dosłownie i w przenośni swój klimat. Dni, które miały być czasem pokoju, refleksji i radosnych rodzinnych spotkań, dzięki umiejętnym działaniom specjalistów do spraw marketingu, bez większych sprzeciwów stały się bodźcem pielgrzymek do nowej ściany płaczu- bankomatu.

25 listopada 2014

Metro, lumber i seks?

W modzie przyjęło się, że każdy trendy należy nazywać w jakiś sposób- Street, Elegancki, sportowa elegancja, pin up, vintage, czy też retro itp.
Obrastający w liczne style świat, stale poszukuje nowych krojów i form wyrazu. Oczywiście jak wiadomo moda nie dotyczy tylko kobiet. Garderoba męska również doczekała się licznych etykietek.
Ostatnio jednak pewien nowy trend wzbudził dość burzliwą dyskusję... 
Do tej pory podobno w modzie byli mężczyźni metroseksualni- teraz nadeszła era mężczyzn „lumbersexual"!
Dyskusje, które pojawiły się pod artykułami dotyczącymi tej nowej mody mogłyby z pewnością niejednego powalić swoim nasyceniem emocjonalnym i nie tylko...


O ile samo nazewnictwo męskich stylów może zadziwiać- stosowany w nich przyrostek "seksualny" odnoszący się do terminu heteroseksualny już sam w sobie może wzbudzać wątpliwości.
W modzie kobiecej przecież nie znajdziemy żadnych tego typu sugestii.
Jeśli chodzi o same terminy Metrosexual i Lumbersexual to dotyczą one bardziej stylu bycia.
Pierwszy z terminów powstał w latach 90'tych XX wieku.
Dotyczył on zjawiska zachodzącego w kulturze wielkich miast. Wielu młodych mężczyzn masowo przybywających do miast zaczęło zwracać uwagę na własny wygląd. Nie chodziło tu tylko o schludny ubiór, ale również o znajomość panujących trendów w modzie, oraz stałą pracę nad sobą- częste wizyty na siłowni, odpowiednia dieta, zabiegi pielęgnacyjne i upiększające. W pewnym sensie termin metroseksualny stał się łatką człowieka sukcesu. Żyjący w wielkim mieście singiel robiący karierę, bywający w świecie.
Termin "lumberseksualny" jest stosunkowo świeży, a dotyczy panów noszących się bardziej w skandynawskim stylu.
Kraciasta koszula, ciężkie buty, jeansy i broda stanowią rzekomo o byciu właśnie lumbersexual.
Tylko, czy tego typu nazewnictwo nie jest aby nazbyt drewniane?

fot. Paweł M.

Pytanie o to, czy mężczyzna powinien mieć brodę, czy się golić nie zrodziło się wczoraj.
Przeglądając galerie portretów w europejskich muzeach zauważymy, że w każdej epoce mężczyźni wyglądali inaczej. Raz nosili peruki, pantofle i mieli puder na twarzy, innym razem bogato zdobione mundury rodem z wojska i brodę, a jeszcze później preferowali garnitury i wypielęgnowany zarost.

fot. Paweł M.

Klasycznie pojmowany Gentleman na przykład, wciąż postrzegany przez panie niemal jak książę z bajki, przecież nie mógł być ani brodaty ani tym bardziej pachnieć potem! 
Warto przypomnieć, że termin ten nie dotyczył jedynie panów garniturach...
Wzorowy Gentleman nie tylko musiał posiadać nienaganny strój, ale i maniery.
Szatą tego typu pana był oczywiście garnitur- wzorowo dopasowana marynarka, wypastowane pantofle, spodnie w kant, wyprasowana koszula oraz krawat lub mucha.
O brodzie nie było mowy! Gentlemani zwykli się golić, ewentualnie posiadali doskonale wypielęgnowane wąsy. O rzeczach takich jak kultura osobista i higiena chyba wspominać nie muszę...


Wszystkie dyskusje sprawiają wrażenie, że sytuacja współczesnego mężczyzny w jakimś stopniu wydaje się być tragiczną-
dawni herosi i żywiciele rodzin stanęli przecież w obliczu problemu równości kobiet, które zaczęły podejmować się profesji, które spódnic przez wieki się wyrzekały. Czy w tym właśnie tkwi problem? Niekoniecznie! Rozmawiając o modzie męskiej, trzeba zwrócić uwagę na jej damski odpowiednik.
Zastanówcie się- co o współczesnych, noszących spodnie i płaskie obuwie kobietach powiedziałyby ich praprababki? Pamiętajmy, że dawniej kobieta bez gorsetu wydawała się czymś dziwnym. Te, które z kolei decydowały się na paradowanie w spodniach zakrawały już na skandalistki.
Czy sytuacja mężczyzn naprawdę jest trudna? 
Czy zarost jest faktycznie wyznacznikiem poziomu testosteronu? 
A może po raz kolejny przez dylemat krawca robimy z igły widły?